Była noc, a ja się modliłam.
Prosiłam Boga o pomoc, aby dał nauczkę tym którzy się śmieją z cudzego nie szczęścia.
Tak bardzo się bałam następnych dni mojego życia.
Byłam okropnie potraktowana przez los...
Należałam do niepełnosprawnych, urodziłam się z niedowładem nóg.
Pragnęłam poczuć jak to jest chodzić i jeszcze ten rozwód rodziców...
Moje życie niema sensu, nie chcę chodzić do szkoły, ponieważ źle mnie tam traktują.
Nawet nauczyciele się na mnie uwzięli.
Najchętniej uciekłabym z tego miejsca, na zawsze...
Skończyłam się modlić i położyłam się spać.
Na następny dzień prosiłam mamę o zostanie w domu.
Nie zgodziła się, w ogóle od rana była w złym humorze.
To pewnie przez to rozstanie z tatą. Kochałam go tak samo, jak mamę, ale niestety nic nie może przecież wiecznie trwać, tak jak kłótnie rodziców.
Zjadłam śniadanie, mama pomogła mi się ubrać i przed wyjściem zatrzymała mnie na chwilkę.
Popatrzyła na mnie ze łzami w oczach i powiedziała:
- Córeczko, wiesz jak bardzo cię kocham.
Jak tylko miałabym pieniądze, od razu zapłaciłabym ci za operację. Ale niestety nie mam, a jeszcze po tym rozwodzie z ojcem...
Dalej nie dokończyła. Widziałam jak łzy spływają jej po policzkach.
Położyłam jej dłoń na ramieniu i powiedziałam:
- Nie płacz mamo, to nie twoja wina.
Przecież wiem, że nie stać nas na operację. Nie myśl, że jestem zła z powodu taty i całej tej sprawy.
Ja też cię kocham, ale muszę już iść.
Mama popatrzyła na mnie, a ja się skromnie do niej uśmiechnęłam.
- Dobrze, ale uważaj na siebie i wróć od razu po lekcjach.
- Oczywiście, to pa.
Pożegnałam się i wyjechałam z domu.
Wiedziałam, że czeka mnie ciężki dzień...
Zima. Najgorsza pora roku dla mnie. Bardzo źle mi się jedzie na nie odśnieżonych chodnikach.
Ale teraz trochę o mnie. Nazywam się Angela Williams. Mam 14 lat i uczęszczam do drugiej gimnazjum. Nienawidzę tego miejsca, przez to że inni uczniowie traktują mnie jak śmiecia.
Nie mam przyjaciół, ani rodzeństwa. Kocham rysować to moje hobby.
W przyszłości chciałabym zostać malarką, ale to niemożliwe przez moją niepełnosprawność.
Dojechałam do szkoły i po wejściu do szatni, zaczęło się to co zwykle.
Wszyscy się na mnie patrzyli z takim obrzydzeniem i coś szeptali.
Na pewno nie było to coś miłego, ale ja się tym nie przejmowałam.
Wyjechałam z szatni i zatrzymała mnie pani polonistka Theresa McNerphs.
- Witaj Angie, czy wyczyściłaś koła przed wejściem na korytarz?
Zapytała mnie, ale na pewno znała odpowiedź.
- Nie, proszę pani.
- To na drugi raz pamiętaj, inaczej powiem panu dyrektorowi, że zanieczyszczasz korytarz.
- Oczywiście, już będę pamiętać.
- No mam nadzieję.
Odpowiedziała i odeszła w stronę pokoju nauczycielskiego.
Ja pojechałam pod klasę i wyciągnęłam książkę ze swojej torby i zaczęłam czytać.
Po chwili obok mnie stanęli chłopcy, najwyższy z nich porwał moją książkę i powiedział:
- Co czytasz kujonico?
- Oddaj to Eryk.
- Haha, niema mowy!
Złapał książkę w obie ręce i zaczął targać strony.
- Proszę, przestań!
Reszta chłopaków zamiast coś zrobić, to dopingowała Eryka.
Po chwili rzucił ją na ziemię i odszedł. Podniosłam ją i zobaczyłam, że do niczego się już nie nadaję.
Słone łzy spływały mi po policzkach. Następne godziny mijały bez problemowo.
Po lekcjach przebrałam się w szatni i skierowałam się w stronę domu.
Było bardzo zimno, a przede mną była długa droga.
Nagle wjechałam na zlodzoną część chodnika i się przewróciłam.
Ciężko było mi się pozbierać, ale usłyszałam głos. Spojrzałam w górę i zobaczyłam chłopaka.
- Nic ci się nie stało?
Zapytał mnie z uśmiechem na ustach.
- Nie nic, dzięki że pytasz.
Próbowałam wstać, ale na marne.
- Poczekaj, pomogę ci.
Podniósł mój wózek i pomógł mi na nim usiąść.
- Dziękuje, naprawdę bardzo mi pomogłeś.
- Niema sprawy. Jak się nazywasz?
Zapytał.
- Jestem Angela Williams.
- Ja nazywam się Louis Stevens.
- Miło mi cię poznać.
To był ten pierwszy raz, kiedy rozmawiałam z chłopakiem. Było tak przyjemnie.
Czułam jak rumienię się na twarzy, gdy posyłał do mnie swój słodki uśmiech.
Odprowadził mnie do domu i zapytał czy kiedyś się jeszcze spotkamy.
Ja podałam mu swój numer telefonu i się pożegnałam.
" To było wspaniałe uczucie, jakby motyle...
Tak, motyle fruwające mi w brzuchu...
Czyżbym się zakochała?
Nie to niemożliwe, przecież on nie zechce takiej pokraki jak ja..."
Nagle moje myśli przerwał dzwonek telefonu. Wyświetlił się jakiś numer, ale odebrałam.
- Halo?
- Hej to ja, Louis. Pamiętasz mnie jeszcze?
Słysząc jego głos, śmiałam się sama do siebie.
- Tak, no pewnie.
- To miło, chciałem usłyszeć jeszcze twój głos i chyba się udało.
- Naprawdę?
Zwykle ludzie mnie nie akceptują, ze względu na wózek.
-Nie rozumiem ich, przecież to nie ty wybierałaś sobie życia.
- Ale oni już tacy są, nic nie zrobisz...
Westchnęłam.
- Ja zrobię, jeżeli usłyszę od ciebie, że ktoś coś do ciebie ma.
Nie pozwolę na to, żeby ktoś się z ciebie śmiał.
" No nie wierzę...
Dość, że stał się moim przyjacielem, to jeszcze obrońcą.
Najwspanialszy dzień mojego życia!"
Potem rozmowa ciągła się dalej.
Po godzinie odłożyłam telefon i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim co mnie dzisiaj spotkało.
Było mi tak ciepło, choć na dworze było -5 stopni Celsjusza.
Ciągle o nim myślałam, o chłopaku który jako pierwszy zaakceptował moją niepełnosprawność...
Po szkole umówiłam się z nim w parku. Na miejscu znowu wyciągnęłam książkę i zaczęłam czytać.
Po paru minutach, widziałam jak z daleka Louis się już do mnie uśmiecha.
- Hej, jak się czujesz?
- Dobrze, miło że pytasz.
Na moich policzkach zawitał lekki rumieniec.
- Nie wiem, czy ktoś ci to kiedyś mówił, ale jesteś uroczą dziewczyną Angie. Bardzo cię lubię, wreszcie mogę nazwać kogoś przyjacielem...
Nie wiedziałam co powiedzieć. To była ta chwila kiedy patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Nagle Louis delikatnie dotknął mojego policzka i nieśmiale pocałował. Otworzyłam oczy i poczułam się jak w niebie. Louis patrzył na mnie z uśmiechem. Teraz wiedziałam, że on też odwzajemnia moje uczucia. Ciszę przerwał dzwonek telefonu. To był mój.
- Przepraszam, muszę odebrać.
- Niema sprawy...
- Halo?
- Angie, wracaj do domu, robi się już późno.
- Dobrze mamo, już wracam, pa.
Odłożyłam telefon i zwróciłam się do Louisa:
- Muszę już iść.
- Szkoda, kiedy następne spotkanie?
- Nie wiem, dam ci znać, to pa.
Przyciągnęłam do siebie Louisa i delikatnie pocałowałam.
Odjechałam w stronę domu. Zdałam sobie sprawę, że moje życie zaczęło nabierać barw.
Gdy wjechałam do mieszkania, mama zawołała mnie do salonu na rozmowę.
Byłam zdziwiona i ciekawa o co chodzi.
- Córciu, wiesz że ojciec odszedł od nas i zbił niesamowity majątek?
- Tak wiem, ale o co chodzi dokładnie?
- Tata dał mi pieniądze dla ciebie na operację.
Nie mogłam uwierzyć w słowa mamy. Przecież to za duża suma, skąd tyle wziął?
- Jak to?
Czyli będę mogła chodzić?
Zapytałam uradowana.
- Tak kochanie.
Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam. W końcu stanę na nogi, to było moje największe marzenie!
Jestem tak wdzięczna ojcu...
- Kiedy operacja?
- Za dwa dni.
- Dobrze, pójdę już.
Pojechałam do swojego pokoju i wyobrażałam sobie jak to będzie.
Postanowiłam zadzwonić do Louisa i powiedzieć mu o tej sprawie.
- Halo?
- Cześć Louis, to ja.
- Hej, co tam?
- Muszę ci coś powiedzieć...
Byłam taka ciekawa co on powie na tą operację.
- Tak?
- Pojutrze mam operację, może będę chodzić!
- Naprawdę?!
Wspaniale, na pewno bardzo się cieszysz.
- Nawet nie wiesz jak bardzo!
To było moje największe marzenie.
- Trzeba wierzyć w spełnianie marzeń.
- Tak, ja uwierzyłam.
- No dobrze, muszę kończyć pa.
- Pa.
Odłożyłam telefon i położyłam się spać.
To dzisiaj. Dzisiaj miałam operację.
Czekałam w szpitalu, razem z mamą.
Chyba denerwowała się bardziej ode mnie.
- Nie bój się mamo, to specjaliści.
- Wiem kotku, ale bardzo się o ciebie boję.
- Spokojnie, wszystko będzie w porządku.
Po chwili usłyszałam jak pielęgniarka zawołała moje imię.
Podjechałam do niej i powiedziałam, że to ja.
Zanim pojechałam za nią, pomachałam mamie.
Szykowali różne przyrządy i kazali mi się położyć na stole operacyjnym.
Wstrzyknęli mi coś w ramię i jedynie co jeszcze zapamiętałam, to był blask dużych świateł, a potem ciemność...
Powoli się budziłam.
Przetarłam oczy i się rozglądnęłam.
Byłam nadal w szpitalu. Spostrzegłam moje stopy, wystające spod kołdry.
Ruszałam palcami i mogłam to poczuć.
" Czyżby się udało?"
Pytałam samą siebie.
Nagle do pomieszczenia weszła mama i płakała.
- Co się stało?
- Nic, po prostu płaczę ze szczęścia.
- Udało się?
Mama pokiwała twierdząco głową.
- Czy mogę wstać?
- Tak, pani doktor pozwoliła, ale powoli.
Zdjęłam nogi z łóżka i postawiłam na ziemi, ruszając energicznie palcami.
Podparłam się łóżko i zaczęłam wstawać. Po chwili stałam już wyprostowana, na własnych nogach.
- Mamo, ja stoję!
- Tak córciu, widzę!
Taka radość mnie przepełniała, że nie wiedziałam kiedy nawet postawiłam pierwszy krok.
Potem szłam już bez zastanowienia. Spróbowałam biegać, wszystko było w porządku.
Po tygodniu wyszłam ze szpitala. Mogłam już normalnie chodzić.
Dlatego postanowiłam pójść do Louisa.
Zadzwoniłam na dzwonku do drzwi i chwilę poczekałam.
Wyszedł Louis. Bardzo się ucieszyłam na jego widok.
- Hej, to ja.
- Angie?
- Tak, zapomniałeś?
- Nie, po prostu cię nie poznałem...
Trochę się zdziwiłam, dlaczego na mnie nie patrzy, tylko w ziemię.
- Co się stało?
- Odkąd cię nie było, spotkało mnie coś smutnego...
- Co?
Wystraszyłam się okropnie.
- Niestety, nie będę mógł cię więcej zobaczyć...
- O, nie...
- Przepraszam cię.
- To nie twoja wina, tylko moja.
Jakbym nie miała operacji, wtedy nie doszłoby do tego!
- Nie Angie, to nie jest nikogo wina.
Tak bywa, muszę się z tym pogodzić...
Przytuliłam mocno Louisa i cicho szepnęłam mu do ucha:
- Wystarczy wierzyć...
believe in love
OdpowiedzUsuń